Tak żeby się połapać co się dzieje, bo w ostatnim okresie mam wrażenie,
że nie nadążam za własnym życiem. Ono sobie gna, a ja stoję z boku z
miną zagubionej sierotki i próbuję dogonić swoje własne decyzje.
Paranoja. Może kiedyś w końcu uznam, że Jestem Dorosła (TM), Samodzielna
(C) oraz Dam Sobie Radę (R). Póki co jestem malutka, zagubiona i twardo
udaję, że jest inaczej i generalnie wymiatam na wszystkich frontach.
Bueh.
Do odhaczenia:
- wyprowadzka z domu (w niedzielę. Tę
niedzielę X_x Umowa podpisana, there's no way out.)
- zaliczyć
skutecznie sesję na studiach (jak już zdecyduję, czy mam się uczyć
makroekonomii, czy architektury komputerów, bo jedno z drugim takie
kobyły, że na sam widok się odechciewa
- poradzić sobie emocjonalnie z
tą pieprzoną tróją. Tróją. TRÓJĄ. Myślałby kto, że z wiekiem nabrałam
odporności na kiepskie stopnie, a guzik. Męczy mnie jak cholera, zapewne
dlatego, że faktycznie na więcej nie umiałam i do tego jest z
przedmiotu, na którym mi zależało. Powtarzanie sobie, że zaliczyły 4
osoby z 20-osobowej grupy nie pomaga. ARGH!, teraz się będę nie wiadomo
ile czasu umartwiać, że głupia jestem i nigdy w życiu się nie nauczę
programować, co ja robię na tych studiach i w ogóle zastrzelcie mnie.
-
albo się przedłużyć na doktoranckich, albo znaleźć pracę, a najlepiej
podejść do obu problemów równolegle i zobaczyć co wyjdzie. Gorzej, że
nie wiem, czego chcę - a właściwie wiem, tylko się boję. Tchórz, jak
zwykle tchórz. Doktoratu przez ten rok zapewne i tak nie dokończę, ale
odwlekam decyzje, bo jak szukać pracy, kiedy
ja-przecież-nic-nie-umiem-i-nikt-mi-jej-n
ie-da? No tchórz.
Tyle.
I bu. Nie będę mieć futrzaka pod ręką... Tylko Świry pierzaste,
a to nie do końca to samo, chociaż oczywiście Świry ze mną idą
obowiązkowo i nie wyobrażam sobie inaczej.
I co ja robię tu,
uuu...
Wystukałam dnia 2010-07-05 o godzinie 20:38:52
A teraz -skomentuj-! No, już! Dopiero -(0)- osób to zrobiło...
Spokojnie, to tylko awaria.
Awaria polega na tym, że Serik nabrał jakoś ochoty na napisanie czegoś, ot tak sobie.
Nie sądzę, żeby to była chroniczna przypadłość, więc się lepiej nie przyzwyczajajcie i nie spodziewajcie się proszę żadnej nowej notki w najbliższym czasie. Dalszym też nie.
Ze spraw zaległych: papug żyje i ma się dobrze. Drugi papug też.
Chomik też ma się świetnie :>
Co? Jaki drugi papug i jaki chomik? No, tego... Biały. Jeden i drugi.
Właściwie jeden biało-błękitny, a drugi jasnoszary, ale to już szczegóły.
A dzisiaj chciałam przedstawić Szanownym Czytelnikom, w jaki sposób w moim całkowicie normalnym, porządnym, mieszczańskim domu dokonuje poważnych decyzji.
(tym, którzy pamiętają przypadek działki i samochodu od razu podpowiem, że nic się nie zmieniło. Może poza drobnym szczegółem - jasna cholera, to jest zaraźliwe!).
Sobota, godzina dziewiąta: zostaję brutalnie zerwana z cieplutkiego łóżeczka pod pretekstem obejrzenia przecen w likwidowanej właśnie Conforamie. Ktoś musi pilnować szanowne towarzystwo, żeby nie wydało pieniędzy, których nie ma, prawda? A Siostra zabunkrowała się u Marka i będzie kiedyśtam.
Sobota, godzina jedenasta: w Conforamie pustki. Szkoda dnia.
Piętnaście minut później: szanowne towarzystwo starsze, sztuk dwie (drogi ojciec i macierz oczywiście) cieszą się jak dzieci, bo właśnie za jakieś punkty zamówili na stacji benzynowej walkie-talkie. Na działkę. Będą bardzo tru i wykorzystają zdobycze techniki w celu porozumiewania się na działce.
Uwaga, dygresja:
Zupełnie jak ja i Siostra.
Ja (19-11-2008 23:34)
a, byłam u Mariny
Ja (19-11-2008 23:34)
w kuchni jest ciasto :>
Siostra (19-11-2008 23:34)
jakie?
Ja (19-11-2008 23:34)
drożdżowe
Siostra (19-11-2008 23:34)
ide :D
Siostra (19-11-2008 23:34)
spotkajmy sie :D
Czy inni użytkownicy wynalazku zwanego internetem też umawiają się za jego pośrednictwem na spotkania pokój obok, czy to tylko my jesteśmy inne? ^^'
Koniec dygresji.
Walkie-talkie nic nie kosztuje, wszystko pod kontrolą. Wsiadamy do samochodu. I jedziemy dalej, bo tam dalej taki fajny sklep jest podobno, z meblami, i byłoby fajnie je pooglądać. Pooglądać, nic nie kupujemy. Nic. Wcale. Tylko obejrzymy i zaraz wracamy.
Sklep okazuje się szaro-burym budynkiem niewielkich rozmiarów, z wielkim transparentem "Meble retro" na ścianie. Yyy... na pewno tu?
Godzinę później: jedziemy szukać bankomatu. Potrzebna zaliczka.
Dwie godziny później: mamy ciężką głupawkę.
Dobę później: nadal mamy ciężką głupawkę. I to podobno moja wina. Siostra domaga się butów i nowych spodni (drogi ojciec w odpowiedzi pyta, czy była w kościele. Nie? Dlaczego nie? A kto się pomodli o łagodną zimę, żebyy nie trzeba było tych butów kupować?). Powoli przestaje powtarzać, że jesteśmy chorzy psychicznie i nie da się tego skomentować. Przynajmniej się odzywa, zawsze to jakiś sukces!
A było tak:
- najpierw mój drogi ojciec zachwycił się używanym skórzanym wypoczynkiem (3+2+1). Zachwycił w celach działkowo-przedkominkowych, w mieszkaniu przecież nie ma miejsca. A że i tak mieli wywalać pieniądze (moim zdaniem w błoto) w remont starej, niewiarygodnie niewygodnej kanapy, uznałam, że może tak nawet będzie lepiej: dołożą kupę kasy, ale na tym da się przynajmniej siedzieć. No i ta skórka, mrrrruuuuuu...
Zdrowy rozsądek wyje i wali głową o ścianę.
Zdecydowanie koniec zakupów, teraz to naprawdę tylko oglądamy.
- a piętro wyżej były wielkie, ciężkie, dębowe regały. Takie... takie... No TAKIE były! A ja im jeszcze nie kupiłam przecież prezentu na 30 rocznicę.
To już kupiłam. I TAKI jest! Z wyliczeń wynika, że mi kasy akurat na sylwestra zostanie. Trudno, do końca miesiąca żyję na kanapkach i chińskich zupkach.
Zdrowy rozsądek poszedł się powiesić.
- a że mieliśmy w najbliższym czasie remontoweac przedpokój, a w sklepie stał taki wielki, drewniany regał, akurat na wymiar wnęki w ścianie...
Nic nie protestowało, zdrowy rozsądek dyndał radośnie i miał wszystko gdzieś.
Łaczna suma radosnej spontanicznosci: jakieś pięć tysięcy. Co to dla nas, do końca miesiąca żremy dębowe drewno i skórzane obicia! A że już nawet nie pamiętamy, jak kochane mebelki wyglądają (tak nas trochę emocje poniosły wtedy, te sprawy...), jak przyjdzie transport, zabawa zacznie się od nowa. Zobaczymy, co się gdzie mieści! ^^
PS. Źle policzyłam kasę. Nie wiem, skad wezmę na Sylwka, ale to się wytnie.
Rodzice też nie wiedzą, skąd wezmą na cokolwiek. To też się wytnie.
Luzik. Nie takie rzeczy się robiło z rodzicami na trzeźwo...
Wystukałam dnia 2008-11-30 o godzinie 18:17:18
A teraz -skomentuj-! No, już! Dopiero -(2)- osób to zrobiło...
Okulary są dobre! Do skubania, oczywiście. Zaraz po brodzie Marka, faceta Siostry, która to broda jest do skubania priorytetowa, na równi z koperkiem.
Okulary mogą również służyć do włażenia Serice na głowę. Swoją drogą głowa jest niezłym lądowiskiem, podobnie jak ramię. Właściwie to ludzie są najlepszymi lądowiskami w pokoju, szkoda tylko, że ruchomymi - mogliby stać spokojnie i nie uciekać, no! Najgorzej, jak wychodzą - biedny Chochlik stara się jak może, żeby zatrzymać, a to duże takie uparte... Na rękę i do klatki - dwie sekundy później papug jest na ramieniu. Z powrotem do klatki, myk do drzwi - papug czepia się rozpaczliwie pleców. No zwariować można!
Nie miałam pojęcia, że zwykłe małe faliste się tak fajnie oswajają! Zielonego potwora może nie jest wszędzie pełno, ale na pewno jest go pełno na nas. No chyba, że zajmuje się zdzieraniem kory z gałęzi albo się obżera, wtedy jest chwila spokoju.
Dla zainteresowanych podaję krótką instrukcję obsługi papużki.
Dwa tygodnie wcześniej
Oznajmiam rodzicom, że chcę zwierzaka. Oprotestowują gryzonie, ale w sprawie ptactwa kapitulują - dorosła jestem, własne fundusze mam, pokój też - moja sprawa i mój problem, jak mnie coś obudzi o piątej rano. Przetrzepuję strony i fora o ptactwie. Kanarek... A może zeberki? Zaglądam do sklepów, przeszukuję allegro w poszukiwaniu fajnych klatek, tudzież zwierzaków "z odzysku". "Z odzysku" nie widać nic z Warszawy - szkoda, pewnie bym wzięła. Ale może jednak nie kanarka...
Papużki?
W długi weekend zamawiam na allegro klatkę - na oko wystarczającą dla dwóch papużek. Rodzice z działki przywożą gałązki jabłoni na żerdki. W sobotę rano budzi mnie domofon - przesyłka przyszła! Tylko gdzie to ustrojstwo postawić, bo na razie plany ograniczały się do "zmontowania czegoś". Mam stary kwietnik, mam starą półkę wyjętą z mebli. Półka leżąca na kwietniku o dziwo jest stabilna. Przywiązuję. Trzyma się. Klatka na tym stoi zaskakująco pewnie. No to jedziemy na łowy ;)
5.05.
Wybieramy się do sklepu i... wybieramy. Jak najmłodszą, bo takie najszybciej się oswajają. Młode papużki charakteryzują się tym, że maja falki aż do dziobka i całe czarne oczka. Oraz częściowo czarne dziobki, co uświadomił nam przemiły sprzedawca. Miała być zielona (samczyk) i żółta (samiczka). Zielonych w sklepie pełno, żółtej ani jednej... Pan mówi, że nie ma sprawy, można wziąć jedną i oswoić (a takie trzymiesięczne się w dwa tygodnie oswajają), a po drugą wrócić później. Wprawdzie nastawiałam się na dwa dzikusy, ale uznaję, że może spróbuję (nie uuuuuda się!).
Klejnot vel Chochlik zostaje zapakowany do transportówki.
W klatce pierwszą godzinę spędza wczepiony w pręty, zupełnie nieruchomo. Potem przenosi się na żerdkę i zamiera. Nie je, nie pije.
6.05.
Nie je, nie pije. Ma biegunkę. Powoli zaczynam się zastanawiać, w którym momencie należy zapakować toto w pudełko i zabrać do weterynarza, ale jeszcze czekam - podobno normalne, że sie stresują... Ale żeby aż tak!?
7.05.
Nie je, nie pije. Wychodzę do pracy zastanawiając się, czy zastanę po powrocie żywego ptaka. Wychodze rekordowo wcześnie i po drodze wpadam do sklepu po kolbę - wiem, że tuczące, ale kto wie, może się skusi? Zastaję osowiałego papuga na żerdce oraz dowody przestępstwa - łupinki w karmniku. Jupi!!!
Kolejny tydzień:
Siedzi w klatce. Je. Właściwie to tylko siedzi i je, prawie się nie odzywa, prawie się nie rusza z miejsca. Tylko rano trochę się ożywia. No żesz kurczę, wychodzę na sadystkę maltretującą zwierzaka, ale naprawdę nie bardzo mam pomysł, jak mu poprawić humor. Kiedy wychodzę, zostawiam włączone radio, żeby mu się nie nudziło, ale chyba nie pomaga.
12.05.
Mam papuga już od tygodnia i w ramach uczczenia tego faktu nabywam mu w prezencie proso senegalskie. Papug szaleje z radości i rzuca się na nie, jakby nigdy w życiu nic nie jadł. Mniam! I nawet się rozśpiewał. Po prostu pełnia papuziego szczęścia. Hurra!
13.05.
Pełnia papuziego szczęścia trwa. Chochlik szaleje po klatce, która nagle okropnie maleje - wydaje mi się teraz za mała nie tylko dla dwóch papużek, ale nawet dla jednej! No niech to szlag, trzeba było wcześniej o tym myśleć... Wiem, że to trochę za wcześnie, ale postanawiam przeprowadzić eksperyment i ją otworzyć - pewnie nie odważy się wylecieć, ale kto wie... Łapaniem będę martwić się później.
Po jakiejś godzinie frrrrrrrrrruuuu! I już go nie ma. Ląduje na wieży i zamiera. Po paru minutach przenosi się na łóżko i tupta wystraszony, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Na moje sugestie, żeby sie przenieść gdzie indziej, nie bardzo reaguje - daje do siebie podejść zupełnie blisko, chociaż nie dotknąć. W końcu migruje na parapet i podgryza uschniętego wrzoska. Nie jestem pewna, czy mu nie zaszkodzi, więc odganiam - uparty jest, ale w końcu pofruwa na uchyloną szafkę pod sufitem, skąd już tylko jakiś metr w dół do klatki. Potem parę minut paniki zatytułowanej: "mój domek! mój domek! Ja chcę do środka, a wstrętne kraty nie wpuszczają!" i wejście wreszcie zostaje znalezione. Papug z ulgą chowa się w środku, a ja uznaję, że wystarczy wrażeń na jeden dzień i zamykam.
Ale sukces!
Kolejne dni:
Papug niezbyt chętnie, ale wylatuje. Robi kilka kółek i ląduje na klatce, po czym szybko do niej wchodzi, jakby sprawdzał, czy nic nie zniknęło. Coraz bardziej lubi przesiadywać na "balkoniku" z klapy zamykającej wejście. Podrzucam mu tam proso, na zachętę, niech się przekonuje do groźnego "zewnętrza". Z ręki nie jada, chyba, że uda mi się ukradkiem chwycić koniuszek skarmianego kłosa - jest zbyt łapczywy, żeby zauważyć.
Siostrze zaczyna się sesja, więc całe dnie przesiaduje w domu - zostaje zobligowana do wypuszczania ptactwa najczęściej, jak się da.
Powoli przekonuje się do jedzenia z ręki. Wcina proso nawet, jeśli trzymam je tuż przy kłosku, ale prawdziwym przełomem okazuje się koperek. Chochlik wcina go pasjami i to właśnie za koperkiem po raz pierwszy nieśmiało włazi mi na rękę. Ależ ze mnie ostatnia świnia! Daję takie dobre jedzonko, ale tarasuję dojście do niego Tą Wstrętną Łapą... Nie pozostaje nic innego, jak obejśc się ze smakiem, lub (wersja dla prawdziwych bohaterów) wskoczyć, skubnąć i zwiać.
A potem wskoczyć na troszkę dłużej.
A potem nawet posiedzieć...
Po jakichś trzech tygodniach od chwili trafienia do mnie nie tylko dawał sie papug "wozić" na ręku kawałek od klatki, ale nawet na tę rękę przylatywał (jeśli była blisko) - cóż było robić, skoro Wstrętna Łapa serwuje koperek?
7.06.
Dwa dni temu minął pełny miesiąc, odkąd w moim pokoju rozpanoszył się papug. A w tej chwili siedzi ma ramieniu i obserwuje, co robię, skubiąc mnie w ucho. Przylatuje przez pół pokoju, żeby na mnie posiedzieć, nawet bez koperku :) Poza tym przylatuje na wyciągniętą rękę, siada na głowie, przytula się do policzka, daje buzi, skubie co popadnie (ubrania, skórę, okulary, włosy, brwi), poćwierkuje i "tokuje" (jak gołąb... Chyba nas lubi). Sama kwintesencja papiuziej słodyczy.
Wciąż nie jestem pewna, czy to Chochlik, czy Chochliczka, bo woskówka wciąż pozostaje różowo-fioletowa. Coraz bardziej wygląda jednak na samiczkę. No zobaczymy.
W kącie stoi wygrzebana w Avellanowej piwnicy klatka po śwince morskiej. Z przeznaczeniem na kwarantannę Skierki, po krótą/ego jadę jutro :) Jeszcze tylko muszę toto wyszorować i zamontować żerdki... Podejrzewam, że mając towarzystwo może trochę zdziczeć i nie sądzę, żeby nauczył się mówić, ale wolę dwa zadowolone z życia dzikusy, niż przytulankę, którą zostawiam na całe dnie samą, bo siedzę w pracy. też zobaczymy.
A poza tym piekę tartę truskawkową (bez papuga. Papug poza pokój nie ma wstępu, nie byłabym w stanie kontrolować tylu okien). Mniam! (no dobrze... Zobaczymy :))
Wystukałam dnia 2007-06-07 o godzinie 19:08:34
A teraz -skomentuj-! No, już! Dopiero -(6)- osób to zrobiło...
Ło matko, ile czasu mnie tu nie było?
A chyba powinnam zacząć bywać, bo jakoś ostatnio całkiem sporo się dzieje spraw, o których nie bardzo mam komu porządnie poopowiadać. Bo jakoś tak wszyscy naokoło mają mnóstwo swoich problemów, tudzież ważnych spraw na głowie i cały czas mam nieodparte wrażenie, że moje są nudne i nieważne, ewentualnie zostaną odebrane jako bezpodstawne marudzenie, bo to inni mają prawo do Powaznych Problemów, nie ja.
Ale mniejsza z tym, to akurat było bezpodstawne marudzenie... (a jak Papug jeszcze raz mi wrzaśnie do ucha, to będzie rosół!)
Już niemal rok minął od momentu, jak rozpoczęłam studia doktoranckie, a ogrom złośliwości materiału żywego (w tym przypadku konkretnie drożdży) wciąż mnie zadziwia. Doprawdy, to nie są minigrzybki, to przedstawiciele ogólnoświatowego spisku mającego na celu ni mniej, ni więcej, tylko doprowadzenie mnie do ciężkiego załamania nerwowego.
Doprowadziłam umiejętność skopywania każdego kolejnego doświadczenia do rangi sztuki, a sztukę tę do absolutnej perfekcji. I żeby to jeszcze świadome działanie było, ale tak to się nawet nie bardzo jest czym chwalić, no bo jak, skoro zasługa leży po stronie tych małych potworów!?
(i nie łaź mi po plecach cholero, bo pójdziesz na rożen!)
A to membrana wyjdzie łaciata diabli wiedzą czemu (o ile wiedzą, bo u nas nikt nie wie), a to coś nie wyrośnie, bo szkło niedomyte (wniosek jest taki, że jak chcesz zrobić doświadczenie, to musisz zdublować etat sprzątaczki), a to coś przerośnie, bo tak... A to wreszcie konstrukt, który trzeba zrobić jest absolutnie niewykonalny, a jesli jest, to przy użyciu czegoś, czym zdecydowanie nie dysponujemy.
O, ostatnio właśnie tak było. Generalnie zabawa polega na tym, że żeby wprowadzić jakiś gen (na przykład taki zmutowany) do badanego organizmu (w moim przypadku oczywiście tych wrednych drożdży), trzeba go najpierw umieścić na takim okrągłym kawałku DNA zwanym plazmidem i wpakować do bakterii, żeby się w nich namnożył. Teoretycznie sprawa wcale nie jest skomplikowana: plazmidów w labach z reguły jest do wyboru, do koloru, gen lub jego fragment można namnożyć in vitro korzystając z techniki o kryptonimie PCR (w dużym uproszczeniu: umieszcza się enzym namnażający DNA z odpowiednimi dodatkami w probówce i manipuluje temperaturą tak, żeby to DNA namnażał). A do tego dysponujemy "nożyczkami" w postaci enzymów tnących DNA w określonych miejscach (które można przewiedzieć), więc wystarczy usiąść do komputera, poszukać takich, które przetną w miejscach nam odpowiadających plazmid i gen, a potem je skleić. Gotowe. Banalne, nie?
(żadnego lądowania na głowie, ja protestuję!)
I tu zaczynają się schody... A co, jak takich wygodnych miejsc cięcia nie ma? Ja wyłożyłam się właśnie takiej sytuacji - jakbym nie kombinowała, jedynymi pasującymi mi "nożyczkami" był enzym o niezwykle wdzięcznej nazwie SexAI. Nieprodukowany przez żadną rozsądną firmę... Wykonałam głęboki wzdech (od wzdychać, nie wdychać), skonsultowałam się z Wyższą Instancją i doszłyśmy do tego, że chyba jednak trzeba zainwestować i zamówić w formie nierozsądnej (to jest: drogiej). Zamówiłam. Czekałam prze tydzień na przesyłkę (a szefowa tymczasem siedziała jak na szpilkach, bo konstrukt potrzebny na wczoraj). Doszło jakoś w czwartek po południu, więc rzuciłam się do roboty z miejsca, żeby mieć jak najszybciej. Pocięłam DNA. Rozdzieliłam tę siekankę pod względem wielkości, żeby móc wydziubać z niej odpowiedniej wielkości, potrzebny mi fragment.
Ok... A dlaczego do licha go nie ma!? W ogóle ogólny rozkład fragmentów nijak nie zgadzał się z tym, co przewidywałam. Przysiadłam przy komputerze i zaczęłam knuć, co się mogło sypnąć i gdzie... Jakby nie patrzeć, jeden z zastosowanych enzymów zadziałał (bo dwoma cięłam), a ten nowy ni cholery... W związku z tym wyruszyłam na kolejną wycieczkę do Wyższej Instancji (nie mylić z szefową. Wyższa Instancja nie jest szefową, w hierarchii umiejscowiona jest zaraz po szefowej i charakteryzuje się tym, że wie wszystko). Do czego doszłyśmy? Że ten SexAI, niech go wszyscy diabli z sukkubami i inkubami na czele, należy do tych rzadkich wyjątków, które są kompletnie niekompatybilne z tymi bakteriami, w których namnażamy DNA. W związku z czym zadziałać absolutnie nie miał prawa. I jedyne, co mogę z tym zrobić. to poszukać kogoś, kto dysponuje bakteriami, z którymi będzie w stanie się dogadać i przerzucić się na nie. Sądząc po tym, ile osób złożyło mi szczere kondolencje, te bakterie poziomem złośliwości przewyższają drożdże o co najmniej dwa rzędy wielkości.
I tak mam ciągle, a co? :D
A ze spraw przyjemniejszych - miałam po dziurki w nosie domu bez zwierzaków (nie licząc prusaków, których nie ma tylko teoretycznie). W związku z tym zebrałam się w sobie (jak powszechnie wiadomo, zebranie się do czegokolwiek jest w moim wykonaniu procesem długotrwałym, skomplikowanym i wartym odnotowania) i naciągnęłam rodziców na Poważną Rozmowę.
- O co chodzi...
- Potrzebuję zwierzaka!
- Po co ci, nie masz już dwunastu lat?
- Ponieważ potrzebuję zwierzaka! I jak najbardziej rozumiem, że duże i kłopotliwe nie wchodzi w grę...
- ...
- Na starcie obstawiałam rybki.
- Czyś ty zwariowała?! Wiesz, ile z rybkami jest roboty!?
- Wiem - wyszczerzyłam się od ucha do ucha. - A skoro na pewno nie rybki, to co powiecie na kanarka?
- Ale po co ci?
- Aha, czyli się zgadzacie?
- Lepiej byś sobie spodnie kupiła...
- O... - spróbowałam wykorzystać sytuację, gdyż zdecydowanie pewniej czuję się w zakresie rozmaitych futrzaków, niż ptactwa. - A może jednak świnkę morską?... One są mało kłopotliwe i..
- ŻADNYCH GRYZONI!
- Albo chomiczka...
- ABSOLUTNIE NIE MA MOWY!
Ok, porażka, ale to było do przewidzenia od początku.
- Ale na kanarka się zgodziliście! - podsumowałam triumfalnie.
Po rajdzie po rozmaitych zoologach zmieniałam jeszcze zdanie dziesięć razy, ale ostatecznie uznałam, że skoro mnie i tak całymi dniami nie ma w domu, trzymanie pojedynczego ptaka byłoby barbarzyństwem. Coś, co można bez problemu trzymać w parkach? Papużki! Dwie! Zielony Chochlik i żółt(a/y?) Skierka. Na skutek zdarzenia losowego (brak żółtych paużek na widoku) w chwili obecnej w moim pokoju znajduje się połowa parki. I próbuje mi wleźć na głowę po okularach, co uważam za absolutnie oburzające.
I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszą notkę... ^^'
Wystukałam dnia 2007-06-02 o godzinie 17:29:55
A teraz -skomentuj-! No, już! Dopiero -(5)- osób to zrobiło...
Właśnie doszłam do wniosku, że pewne skłonnośc niestety są dziedziczne. Moi rodzice kupują rzeczy, na które kompletnie i absolutnie ich nie stać. Moja siostra wydaje pieniądze, których nie ma. Ja zawsze twierdziłam, że sie z tego domu wariatów wyrodziłam - złudne nadzieje! Właśnie wydałam całe swoje grudniowe stypendium na kożuszek. Bo mi się spodobał. Kropka. I jeszcze żeby mnie ktoś powtrzymywał, żeby uświadomił, że to kompletne szaleństwo, że to artykuł luksusowy i w ogóle... Ale nie - podoba ci się, drogie dziecko, to bierz. Raz się żyje i w ogóle! Powiedzcie mi - mam się z takiej szurnietej rodzinki cieszyć, czy raczej załamywać się dramatycznym losem dziecka istot nie do końca odpowiedzialnych? ^^'
Ale wiecie, jaki śliczny jest za to? Czekoladowy, długi, na krótkim, aksamitnym futerku, z kołnierzykiem, który można postawić i z kapturkiem. Stworzony dla mnie, spisek i kropka!
Teraz będę z jednej strony wyrzucać sobie pozbycie się lekką ręką dziewięciu stów, z drugiej piskać z radości, bo mi się podoba. Jestem nielogiczna!
***
Tak, dobrze przeczytaliście - stypendium. Zupełnie prawidłowe stypedium doktoranckie, które wprawdzie dostałam z miesięcznym opóźnieniem, ale dostałam! Nie mam pojęcia, jak załatwione, bo wolałam się nie dopytywać, ale jest. Że tak powiem - łi!
Ogólnie stwierdzam, że życie, pomimo takich czy innych wahnięć, jednak jest piękne. Wprawdzie siedzę w pracy średnio po 10 godzin dziennie (plus dojazdy po godzinie w jedną stronę), ale za to tematyka badawcza jest ciekawa, atmosfera z reguły sympatyczna (szkoda, ze tylko z reguły, ale to inna bajka) i jakoś tak nie czuję, żeby to miejsce wysysało ze mnie życie - w przeciwieństwe do zakładu, w którym robiłam magisterkę. Nie pytajcie, dlaczego tak jest, ja też nie wiem - widać moja podświadomość się bawi. Ale jezeli jestem w stanie tam siedzieć calutki dzień i nie wieję z piskiem, to znaczy, ze dobrze trafiłam. Skutek uboczny niestety jest taki, że nie mam czasu na absolutnie nic innego, bo ten który mi w ciągu dnia pozostaje, zostaje bardzo konsekwentnie zmarnowany, bo "już mi się nic nie chce". Przynajmniej jest to w rozsądny sposób wytłumaczalne, w przeciwieństwie do niechemisienia przy nicnierobieniu, które przybierało znacznie poważniejsze formy i zaczynało już chyba podpadać pod patologię.
A poza tym jest weekend i zastanawiam się, coby tu porobić. Poza napisaniem notki i daniem znać, że mnie nikt nie zamordował. Dobry objaw!
Wystukałam dnia 2006-12-02 o godzinie 18:20:57
A teraz -skomentuj-! No, już! Dopiero -(5)- osób to zrobiło...
|
|
|